|

















|
|
Gospodarka leśna i łowiecka
W XVII wieku, zarówno w Słobitach, jak i w Prakwicach bez umiaru korzystano
z zasobów leśnych. Las dostarczał drewna na budulec i opał, a zwierzyna była
dostarczycielem żywności. Polowania, stanowiły przede wszystkim rozrywkę dla
członków rodu i ich gości. Dzisiaj nazwalibyśmy taką gospodarkę - rabunkową.
Drzewa wycinano, nie martwiąc się o nowe nasadzenia, a polowań nie ujmowano w
żadne ramy organizacyjne. Zamożność rodu często była przyczyną niefrasobliwości.
Bawiono się ciągle, nie zważając na skutki uciech.
Dopiero w pierwszej połowie XIX wieku zaczęto tę gospodarkę porządkować.
Przeprowadzono inwentaryzację i robiono to corocznie, aż do wybuchu I wojny
światowej. Powołano służbę leśną i łowiecką. Nadal jednak pierwszeństwo miała
służba łowiecka a określenia służbowe personelu leśnego pozostały takie same jak
w XVIII wieku:
-
rewierjäger - strzelec rewirowy- odpowiednik strażnika
łowieckiego
-
oberjäger - starszy strzelec rewirowy
-
wildmeister - nadworny łowczy

Karl Christian Tielsch w latach 1933 - 1945 leśniczy w Słobitach i Prakwicach
Ponieważ z lasu stale wygospodarowywano nadwyżki finansowe, zaczęto o niego
dbać. Wyręby, tam gdzie było to konieczne zalesiano, a nasadzenia grodzono przed
jeleniami i sarnami. W monografii pt. „Dzierzgoń. Od początku do dni naszych
1248-1998”, autor ks. Alojzy Szorc opisuje „[...] z dworca w Dzierzgoniu
bocznica prowadziła do lasu w Prakwicach, gdzie na wagony ładowano drzewo z
pobliskich lasów, zarówno w formie dłużyzny, jak też częściowo tarte na deski,
żerdzie, czy sztachety. Tak było już w 1893 roku”.
W XVII wieku polowanie na jelenia europejskiego, „czerwonego” - jak podówczas go
nazywano - było bardzo honorowane, a pozyskane trofea - wieńce, otaczano wielką
czcią. Szanowano je i stanowiły powód do dumy dla myśliwego, wzbudzając zachwyt
gości. Eksponowane były zawsze we wnętrzach i stanowiły istotny element wystroju
pałaców
i dworów szlacheckich.
Podobnie rzecz się miała z rogaczami, których w lasach, prakwickich, było bardzo
dużo. Uważano, że polowanie na dziki i drobną zwierzynę to zajęcie mało
szlacheckie i bardziej przystoi ludziom pochodzącym z gminu. Obyczaj ten zmienił
się nieco w drugiej połowie XIX wieku. Zaczęto już polować na kaczki, bażanty,
inne ptactwo i zające. Natomiast w źródłach historycznych nie znajdujemy żadnych
wzmianek o polowaniach na dziki.

Ostatni właściciel Słobit i Prakwic- Aleksander Fürst zu Dohna - Schlobitten w
swych wspomnieniach spisanych w książce pt. „Wspomnienia starego mieszkańca Prus
Wschodnich” (niem. Erinnerungen eines alten Ostpreussen) opisuje polowanie
w Prakwicach, podczas którego siedmiu myśliwych strzeliło 200 sztuk zajęcy i 50
sztuk bażantów. Do tego polowania zatrudniono 120 naganiaczy.
Wspomina także, że w Prakwicach widywano w chmarze jeleni od 15 do 20 byków, w
tym wiele o kapitalnym wieńcu. W czasie rykowiska ryczące byki słyszano w
prakwickim dworze. Podczas wędrówek po lasach często towarzyszyła Aleksandrowi
jego żona Freda Antoinette - Gräfin von Arnim. W lasach otaczających Prakwice
były ukryte małe strumienie, bagna, w nich występowały mięsożerne rośliny (rosiczka),a
także rzadkie gatunki ptaków jak: rybołowy, czaple, kormorany, czarne bociany,
żurawie i zimorodki, które tu gniazdowały.
W Prakwicach, podobnie jak na Śląsku, licznie występowała drobna zwierzyna:
bażanty i zające. O wiele mniej było jej w Słobitach. Za to, jak opisuje autor
wspomnień, w 1942 roku przywędrował w tamtejsze lasy niedźwiedź. Było to ogromne
wydarzenie, ponieważ ostatniego niedźwiedzia strzelono w roku 1732, a uczynił to
szef myślistwa Bamgard z rodziny Gräflich Dohnesche. Od tego czasu przez 200 lat
nie widywano w Słobitach niedźwiedzia.
Postanowiono za wszelką cenę przytrzymać „brązowego gościa” w nadziei, że
zatrzyma się tutaj na dłużej, a może zasiedli na stałe. W tym celu dokarmiano
zwierza burakami i odpadkami zbóż. Na powierzchni 10 ha lasu zabroniono polować,
pozyskiwać drewno oraz zbierać jagody i grzyby. W ten sposób utrzymano misia od
wczesnej jesieni aż do zimy, prawie do okresu godowego. Niestety przypadkowy
myśliwy ustrzelił niedźwiedzia tuż przed okresem godowym. O tym wydarzeniu
pisały wszystkie ówcześnie ukazujące się w Prusach Wschodnich gazety. Niedługo
po tym napotkano drugiego niedźwiedzia, prawdopodobnie samicę, która spłoszona
wyemigrowała z lasów słobickich. Oba misie przypuszczalnie przywędrowały ze
wschodu, gnane frontem rosyjsko-niemieckim.
Aleksander Dohna wspomina także, że członkowie jego rodu nosili eleganckie
ubrania wieczorowe. Był to ciemnozielony strój z pozłacanymi guzikami i godłem
ze skrzyżowanych jelenich tyk poroża bez korony w srebrnym kolorze. Teść
Aleksandra Dohna również utrzymywał ten zwyczaj. W jego majątkach mężczyźni
wieczorem przywdziewali fraki koloru jasnozielonego z ciemnożółtymi klapami.

Uprząż koni także oznakowana była elementami herbowymi. Opisując ją Aleksander
Dohna wspomina, że ogłowie z okrągłymi klapami ocznymi posiadało w środku
błyszczący herb z dwiema skrzyżowanymi tykami jelenimi oraz srebrną koroną
książęcą. Jego zdaniem uprząż była zbyt ciężka.
Wśród wspomnień nie zabrakło też opisu polowań na kaczki i bażanty. Na te
pierwsze polowano na jeziorach mazurskich, udawano się tam parowcem. Myśliwi
ukryci byli w trzcinach. Ich pomocnicy, po usłyszeniu sygnału, płoszyli kaczki.
Takim sposobem strzelano nawet po sto sztuk na jednego myśliwego. Na bażanty
polowano z pomocnikiem na kilka strzelb (flint). Miał on za zadanie nabijać broń
po strzale. Autor wspomnień w ciągu jednego dnia strzelił sto czterdzieści pięć
bażantów, chociaż jego szwagier Herman Stolberg in Radenz upolował czterysta
pięć sztuk. Największym sukcesem szczycił się jednak wuj autora. W dobrach
śląskich, podczas jednego polowania Carl Solms z Lich, strzelił tysiąc
dziewięćset dwanaście bażantów.
Przygotowania łowieckie zaczynano już w wieku dziecięcym. Oswajano się z
warsztatem za pomocą łuku i strzał z gumowymi przyssawkami (Heureka). W wieku
8-9 lat młody myśliwy otrzymywał Tesching- Flobert, którym „polowano” na wróble.
|