Rozdział III - Cesarskie łowy - Kamienie Wilhelma - Andrzej Czapliński

Strona główna
Wstęp
Prakwice
Gospodarka leśna
Cesarskie łowy
Zakończenie
Posłowie
Wilhelm II
Ród von Dohna
Dobra rodowe
Historia rodu
Od autora
Bibliografia
Fotografie kamieni
Mapa
Namiary GPS
Inne kamienie

Cesarskie łowy

Wielkie pruskie rody były często spokrewnione lub zaprzyjaźnione z rodami królewskimi czy cesarskimi. Gospodarzowi ogromny zaszczyt sprawiało goszczenie książąt i władców Prus oraz Niemiec we własnym majątku. Doskonałą ku temu okazję stanowiły polowania. Szczególnie jeśli dobra rodowe obfitowały w zwierzynę łowną.

Sława rogaczy z Prakwic spowodowała, że w roku 1880, właśnie na polowanie, przybył tu pierwszy członek rodu królewskiego. Był to książę Friedrich Carl von Preussen (prawdopodobnie kuzyn Wilhelma II, zmarły w roku 1885). Zauroczony łowiskami
i wielkością poroży, przyjechał do Prakwic jeszcze trzykrotnie. W sumie ustrzelił około dwudziestu rogaczy, których poroża po jego śmierci powróciły do dworu w Prakwicach i stały się zaczątkiem kolekcji cesarskich trofeów. O jego pobycie zaświadcza najstarszy kamień ustawiony w lasach prakwickich, pochodzący z roku 1882. Wyryty na nim napis głosi, że „Książę Carl Friedrich von Preussen, 30 maja 1882 roku strzelił w tym miejscu kapitalnego rogacza. ( niem. S.K.H Prinz Friedrich Carl von Preussen erlegten 30 Mai 1882 einen capitalen Rehbock). Na mapce kamień ten oznaczono numerem jeden.

Jako drugi królewski myśliwy przybył do Prakwic w roku 1884 książę Wilhelm von Preussen - późniejszy cesarz Niemiec i król Prus Wilhelm II. W swych wspomnieniach Aleksander Dohna opisuje, że o cesarskich wizytach opowiadał mu służący, a potem dozorca dworu w Prakwicach - Hoffmann. Właśnie w 1884 roku książę strzelił pierwszego kapitalnego rogacza. Uczynił to będąc zaproszonym na polowanie do pobliskiego majątku Lipiec (niem. Lippitz), nie stanowiącym własności Dohnów. Na pamiątkę tego wydarzenia właściciel Lipiec ustawił na granicy ziem prakwickich i lipieckich kamień z wyrytym napisem.

Poszukiwałem wśród pól owego kamienia i prawdopodobnie go odnalazłem. Kamień leżał przewrócony w rumowisku innych głazów ściągniętych z pól przez rolników. Rumowisko znajduje się w wyschniętym bagienku na granicy ziem prakwickich i lipieckich. Niestety upływ czasu zatarł litery i jedynie z wielkim trudem udało mi się odczytać litery S.K.H. Nie zrobiłem fotografii tego kamienia, ponieważ uznałem, że na zdjęciu napis ten byłby słabo widoczny. Jego waga nie pozwalała na to, żeby go odwrócić i zbadać dokładnie. Tym niemniej z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że jest to kamień, o którym wspomina Aleksander von Dohna. Świadczy o tym jego położenie na granicy pól prakwickich i lipieckich oraz litery S.K.H., którymi oznaczano kamienie książęce. Obeliski cesarskie miały trochę inne oznaczenie, ale o tym napiszę w dalszej części niniejszej publikacji.

Udane polowanie w roku 1884 spowodowało, że Wilhelm von Preussen odwiedzał Prakwice corocznie do 1910. W lasach prakwickich do dnia dzisiejszego znajduje się kamień nazywany przez miejscowych myśliwych „Drewnianym”. Kiedy jest obrośnięty mchem, przypomina z daleka pień drzewa. Jest to największy kamienny obelisk pochodzący z 1887 roku, ostatni z odnalezionych kamieni, ustawionych dla Wilhelma jeszcze jako księcia. Napis w języku niemieckim brzmi „S.K.H Prinz Wilhelm von Preussen erlegten hier am.15 Mai 1887 einen capitalen Rehbock”, co znaczy, że rogacz padł z książęcej ręki 15 maja 1887 roku. Na mapce oznaczono kamień numerem 2.

Rok później, w 1888r. księcia Wilhelma koronowano na cesarza Niemiec i króla Prus - Wilhelma II. Objął on schedę po ojcu cesarzu Fryderyku III, który panował tylko 99 dni, ponieważ zmarł w 1888 roku, z powodu raka krtani. Cesarz Wilhelm II był wnukiem brytyjskiej królowej Wiktorii, ( matka Wilhelma była jej córką). Urodził się 27.01.1859 r. Koronowano go w wieku 29 lat i panował do 9.11.1918 roku. Zmuszony do abdykacji, zbiegł do Holandii, gdzie w miejscowości Doorn zmarł 04.06.1941 r.

Powróćmy jednak do pasji łowieckich Wilhelma II. Cesarz w początkowym okresie przybywał do Prakwic w otoczeniu świty, która składała się, z:

  • von Ilberga - osobistego lekarza cesarskiego
  • von Kessela
  • Grafa von Moltke

W tym towarzystwie zawsze polowali goście:

  • Philipp Fürst Eulenburg- przyjaciel cesarza
  • Graf Dohna Waldburg
  • Graf Finckenstein - Simnau
  • Graf Dohna - Mallmitz

W okresie późniejszym do orszaku cesarskiego dołączyli:

  • generał - pułkownik von Plessen
  • adiutant przyboczny von Dommes- (niem. adiutant skrzydłowy)
  • adiutant przyboczny von Gontard- (niem. adiutant skrzydłowy)
  • doktor Niedner - osobisty lekarz, który zastąpił dr Ilberga.

W latach 1884 - 1910 każdego roku w maju cesarz spędzał w Prakwicach kilka dni na polowaniu. W następnych latach, nie polował, mocno zajęty polityką: kryzysami marokańskimi 1905 i 1911, kryzysem bałkańskim 1908-1909, rozbudową floty oraz armii. Polityka „na krawędzi” w sumie doprowadziła do wybuchu I wojny światowej. W 1906 roku cesarz mocno poróżnił się z Ryszardem Wilhelmem von Dohna. Ochłodziło to stosunki pomiędzy Jego Wysokością a właścicielem Prakwic. Dokładnie nie wiadomo jakie było podłoże tego konfliktu. Wspomina o nim polski malarz Wojciech Kossak: „Ryszard Wilhelm Dohna niekiedy przeciwstawiał się cesarzowi. W 1906 roku musiało dojść do tak poważnych rozbieżności, że Wilhelm od tego czasu nie przyjeżdżał już na polowania do Prakwic”.

W 1910 roku, przy okazji manewrów wojskowych (cesarskich), Wilhelm na pewno przebywał w Prakwicach. Dowodem tego jest fotografia. Nie wiadomo, czy polował podczas tej wizyty. Dworskie uniformy łowieckie cesarza i jego świty, przedstawione poniżej, pozwalają wysnuć hipotezę, że tak. Z drugiej strony nie można zapomnieć o osobliwej manii cesarskiej sześciokrotnej zmiany ubioru w ciągu dnia. Warto zwrócić uwagę, że cesarz, pozując do zdjęć zawsze ukrywał chorą lewą rękę.

Manewry Cesarskie 1910 r. – wizyta Cesarza w Prawicach (trzeci od lewej).

Manewry Cesarskie 1910 r. – wizyta Cesarza w Prawicach (trzeci od lewej).
Cesarz i inni panowie ubrani są w mundury myśliwskie.
Pierwszy z lewej: gen. płk von Plessen, piąty Aleksander zu Dohna właściciel Słobit i Prakwic.

Jak podają źródła historyczne, Wilhelm II w sumie strzelił w Prakwicach około 500 sztuk rogaczy. Spowodował tak znaczny ubytek populacji, że przez następne 20 lat odbudowywano ich stan.

Był on fanatykiem polowań na rogacze. Strzelał nie tylko sztuki o okazałym porożu, ale także te słabe, niczym specjalnie się niewyróżniające. W każdym miejscu, gdzie strzelił rogacza, ustawiano drewniany pal-słup, na którym były wyryte: data pozyskania zwierza, cesarska korona i literka „W”. Do czasu upadku monarchii, słupy te corocznie odnawiano i konserwowano. Tylko w miejscach, gdzie z cesarskiej ręki padł kapitalny rogacz, ustawiano kamienny obelisk z napisem: „S.M. Kaiser u König erlegten hier (tutaj następowała data) einen capitalen Rehbock”. Ile tych kamieni ustawiono - nie wiadomo. Do dziś znajduje się ich trzynaście. Są zinwentaryzowane, ponumerowane i naniesione na mapę w miejscach, w których się znajdują. Prawdopodobnie było ich około osiemdziesięciu.

Łowczy Schmidt

Łowczy Schmidt

Zastanawia ogromna pasja cesarza Wilhelma do polowania właśnie na rogacze. Być może miało na to wpływ jego kalectwo. Cierpiał on bowiem na niedowład lewej ręki i właściwie posługiwał się tylko prawą.

W łowach Wihelmowi towarzyszył zawsze nadworny łowczy von Dohnów - Schmidt, który pomagał cesarzowi w oddaniu strzału. Służył mu swoim ramieniem jako podpórką i nastawiał przyrządy celownicze. Jego Wysokość podczas łowów używał broni myśliwskiej z ruchomą szczerbinką, kal. 5,2x34R, zwanej 5,2mm- Kronprinz). Schmidt potem opowiadał, że cesarzowi z emocji tak silnie chwiała się broń, że musiał zakrywać szczerbinkę aby dostojny myśliwy mógł się uspokoić i odprężyć przed oddaniem strzału. Cesarz nieraz żartobliwie przygadywał Schmidtowi, „że skoro tak dobrze mu wszystko ustawia, to niech też ustawi mu księżyc, żeby lepiej świecił”. Łowczy towarzyszył cesarzowi w tych wyprawach przez dwanaście lat.

Mimo kalectwa, Wilhelm II, jako doskonały strzelec był ceniony i szanowany wśród innych myśliwych. Podczas pobytów w Prakwicach rozkład dnia podporządkowywano rytmom związanym z polowaniem.

Cesarz wstawał wcześnie rano. Około godz. 3:00 – 4:00 jadł śniadanie, które składało się z ciepłego mięsa z przysmażanymi ziemniakami, świeżego ciasta drożdżowego z jabłkami, podpiekanych chrupiących bułeczek i kawy.

Potem jechał do lasu odkrytym powozem w otoczeniu innych myśliwych i łowczego Schmidta. Polował do godziny 8.00-9.00. Przed obiadem spał parę godzin. Posiłek podawano o godz.16.00. Cesarz gustował w prostych, niewyszukanych potrawach. Służba serwowała: zupę, rybę i pieczeń z sałatą oraz kompot. Potem jadano warzywa, słodki deser, paluszki serowe, owoce. Bardzo często podawano raki, które dzielono na mniejsze porcje, ponieważ cesarz jadł tylko jedną ręką. Odławiano je w Prakwicach, bądź sprowadzano aż z Berlina. Cesarz zawsze miał przy sobie osobisty widelec, który służył mu także jako nóż. Był to rodzaj „niezbędnika”- z jednej strony widelec, a z drugiej ostrze noża. Nigdy z tym „przyrządem” się nie rozstawał.

Po obiedzie ponownie udawał się na polowanie, które trwało do wieczora. Rozkład dnia, (dwa do pięciu rogaczy), otrąbiany był przez strzelców. Na kolację jadł tylko bułkę obłożoną wędliną, drobne ciasteczka i pił herbatę. Przed snem około dwie godziny gawędził z towarzystwem, bądź czytał, popijając przy tym niskoprocentową, truskawkową nalewkę.

Na spoczynek udawał się około godz. 22.00-22.30. Następne dni pobytu wyglądały niemal identycznie. Nic nie mogło odwieść cesarza od udania się na łowy. Podczas jednego
z pobytów Wilhelm II zachorował, był przeziębiony. Osobisty lekarz dr Ilberg namawiał go, żeby nazajutrz rano nie jechał na polowanie. Cesarz twardo odpowiedział, „że tylko padający deszcz może mu przeszkodzić w polowaniu”. Doktor Ilberg w porozumieniu
z gospodarzem dworu, użył fortelu. O godz. 2.00 obudzono służbę, która wodą z konewek polewała okno sypialni cesarskiej. Cesarz obudziwszy się, zobaczył padający za oknem deszcz i ponownie poszedł spać. Jednak przy późnym śniadaniu zorientował się, że użyto wobec niego jakiegoś wybiegu i niby to żartobliwie, ale jednak z sarkazmem, rzekł do Ilberga: „Panie doktorze na przyszłość wypraszam sobie robienie takiej pogody”.

Najpiękniejsze trofea, a właściwie ich gipsowe kopie cesarz podarował właścicielom Prakwic (80 sztuk). Stanowiły one wystrój dworu, wzbudzały zachwyt gości i były powodem dumy Ryszarda Wilhelma von Dohna.

Oryginały poroży prakwickich były ozdobą wnętrz pałacu w Poczdamie. Jednak zostały rozkradzione podczas ruchów rewolucyjnych, jakie po zakończeniu I Wojny Światowej ogarnęły Europę, oraz w czasie rewolucji listopadowej (1918) w Poczdamie.

W 2008 roku odwiedził mnie niemiecki fotograf i myśliwy Burkhard Steins – Winsmann, który podarował mi książkę Andreasa Gautschi pt. „Wilhelm II a łowiectwo. Łowiska i polowania ostatniego cesarza Niemiec” (niem. „ Wilhelm II und das Waidwerk. Jagen und Jagden des letzten Kaisers Deutschlands“. Wiele ciekawych informacji znajduje się w tej książce. Niektóre z nich są odmienne od przytaczanych wcześniej. M.in. znajduje się w niej tekst autorstwa Philipa Eulenburga pt. „Cesarskie dni w Prakwicach”. Filip Fryderyk Aleksander ( ur. 12 lutego 1847 w Königsberg, Prusy; zm. 17 września 1921 w zamku Liebenberg w Löwenberger Land), był politykiem i dyplomatą cesarstwa niemieckiego. Był też faworytem cesarza Wilhelma II. Książę Filip, nazywany "Phili" był ulubieńcem i doradcą cesarza Wilhelma. Kajzer, spośród ludzi ze swego najbliższego otoczenia, jedynie na Filipa potrafił patrzeć przychylniejszym wzrokiem. Ten zaś darzył go prawdziwe szczerym uczuciem, graniczącym z kultem. Kanclerz Bismarck żartował, że wielbił cesarza oczyma. Cesarz zaś odwzajemniał swojemu ulubieńcowi, opisując go jako " promień słońca rozjaśniający ponury dzień ". Zimny i autorytarny cesarz łagodniał w towarzystwie księcia. Nie należał do rzadkości obrazek kiedy to Phili grał na fortepianie, a stojący obok kajzer odwracał nuty. Tych dwóch mężczyzn łączyła dziwna, trwająca ćwierć wieku, przyjaźń, pełna romantycznej egzaltacji i wzajemnej adoracji. Jako faworyt cesarza, Filip Eulenburg był oczywiście w świcie cesarskiej podczas polowań. Oryginalny tekst cesarskiego przyjaciela przetłumaczył kol. Stanisław Łaga i podaję go w całości ponieważ oddaje atmosferę pobytów Wilhelma II w Prakwicach.

Cesarskie dni w Prakwicach
(z notatek Philipa Eulenburga)

4 czerwca 1889

„Życie w Prawicach jest wysoce nieskrępowane i wypoczynkowe. Wstaje się wcześnie rano, około godziny 600 , by spotkać się z cesarzem przy śniadaniu w lesie. Piecze się tam ziemniaki w dużym ognisku a następnie , nadziane na patyki, wręczane są Panom przez strzelców. Do tego otrzymuje się kromki chleba z masłem oraz różne wina. Cesarz wyjeżdża do lasu już w nocy, około godziny 200, uprzednio zjadłszy befsztyk. Podczas śniadania układamy się swobodnie w zieleni, mówi się o szczegółach podchodu i opowiada wesołe historyjki. Cesarz jest w swawolnym nastroju, śmieje się i przekomarza z wszystkimi, tak że trudno jest przy takim beztroskim stosunku przypomnieć sobie o cesarskiej purpurze

Po śniadaniu jedzie się do domu, o ile nie jest przewidziane jeszcze jakieś łowieckie przedsięwzięcie np. przepędzenie szkółki leśnej, w którym my także mamy uczestniczyć. Około godziny 11:00 jesteśmy w Prawicach, gdzie, w skromnej, wybielonej i udekorowanej setkami parostków jadalni, jemy ciepłe śniadanie. Po śniadaniu cesarz kładzie się do łóżka aby spać do godziny około 15:00.

Pomiędzy godz. 15:00 a 16:00 cesarz załatwia osobiste sprawy rządowe, które dotarły do mnie z Berlina. W tym czasie jestem stale u niego, referując przychodzące sprawy i omawiając z nim sprawy służbowe. O godzinie 1600 ma miejsce obiad. Obowiązuje surdut bez jakiegokolwiek luksusu. Jada się wybornie i dobrze pije. Jednak potrawy podawane są skromnie. Trudno wyobrazić sobie bardziej beztroskie i wygodniejsze stosunki.

Po posiłku pije się kawę w ogrodzie, a cesarz zabawia się poszukiwaniem belemnitów, których mnóstwo znajduje się wśród kamyków piasku (zwłaszcza gdy Eberhard Dohna sporo ich domieszał). Około 1630 cesarz ponownie wyjeżdża na podchód, a pozostali jadą na spacer aż do 2130, gdy cesarz powraca. Rozbrzmiewa sygnał, gdy powóz cesarza widoczny jest przed wsią. Zapalone zostają dwie duże pochodnie smołowe przed domem. Pod starymi lipami, strzelcy stają w szeregu, a my zbieramy się przed drzwiami gdy wjeżdża wóz podjazdowy. Następnie zdejmowane są rogacze z wozu, układany jest pokot a strzelcy trąbią sygnał „Śmierć sarny” (pisownia oryg.).

Zwykle jest godzina 22:00, gdy wszyscy zbierają się w salonie, gdzie nakryto do kolacji. Kanapki z masłem, truskawki i kruszon. Cesarz zasiada na swoim krześle, ja siadam obok niego i po wesołej rozmowie muszę śpiewać ballady lub cesarz odczytuje przesłane mu wycinki z gazet i omawia je, tematycznie nawiązując do zawartych w nich informacji.

Po 23:00 cesarz wycofuje się, a ja udaję się do łóżka w moim pokoju na pierwszym piętrze, który dzielę wspólnie z Ryszardem i Eberhardem Dohna. Tak upływa dzień za dniem a ten, niezwyczajny w moim życiu błogi spokój, odczuwam w pełni, podobnie jak mój Pan - jeżeli nie spadnie na mnie wodospad wiadomości politycznych i przykuje mnie do roboczego stołu aż do późnych godzin nocnych”.

..Także w Prawicach spotykał się Wilhelm II z członkami wschodniopruskich właścicieli włości, jak np. Burggrafem Georgem zu Dohna auf Schloss Finkenstein, z Grafem Alfredem zu Dohna – Mallmitz lub z Grafem Hansem Finck v. Finckenstein - Sinau auf Canten.

Zdarzały się też niedzielne wycieczki samochodowe ze zgromadzonymi w Prakwicach panami do liczącego sobie ponad pół tysiąca lat, zamku Schöenberg (Szymbark pow. Iława dop. autora), będącego własnością Hrabiego Konrada Finck von Finkenstein.

We wspomnianej książce Andreasa Gautschi, są podane informacje, że „do wschodniopruskich Prakwic, w powiecie morąskim okręgu regencyjnym Królewiec, cesarz przybył, już jako książę następca tronu w roku 1885, na polowanie na rogacze jako gość hrabiego Ryszarda zu Dohna (1807 – 1894) oraz jego syna (1843 – 1916), o tym samym imieniu, często wymienianym w niniejszej książce, a piastującym urząd Zastępcy Wielkiego Łowczego. Dalsze pobyty następowały co roku lub dwa lata aż do roku 1910. Nieco koryguje to poprzednią informację, że pobyty w Prakwicach odbywały się corocznie. Typowy dla Prakwic, falisty krajobraz morenowy o ciężkiej glebie, pokryty wielkimi łanami zbóż i rozległymi lasami liściastymi, stanowił idealny biotop dla saren. Tutejsze sarny były bardzo silne w tuszy. Przykładowo, jeden z rogaczy, strzelony przez cesarza w 1894 roku, ważył 52 funty – ok. 24 kg”. Prawdopodobnie chodzi tu o rogacza strzelonego na granicy ziem lipieckich i prakwickich, o którym już wcześniej wspominałem. Andreas Gautschi podaje także dokładne ilości zwierzyny pozyskanej przez monarchę w czasie każdego pobytu w Prakwicach.

Polowania cesarza Wilhelma II w Prakwicach

17 – 24 maja 1895 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Hrabia Ryszard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 22 rogacze

 

16 – 23 maja 1896 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Hrabia Ryszard zu Dohna – Schobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 28 rogaczy, 1 orlik (orzeł krzykliwy)

 

24 - 27 maja 1897 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Hrabia Ryszard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 11 rogaczy

 

2 – 6 czerwca 1899 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Hrabia Ryszard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 13 rogaczy

 

21 - 25 maja 1901 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książe Ryszard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 20 rogaczy

 

22 - 26 maja 1903r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Ryszard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 27 rogaczy, 1 kot

 

24 maja 1904 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Ryszard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 18 rogaczy

 

22 - 26 maja 1906 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Ryszard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 12 rogaczy
 

22 - 27 maja 1908 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Ryszard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 31 rogaczy, 1 błotniak stawowy
 

6 – 7 września 1910 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Ryszard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 5 rogaczy

Z tych danych wynika, że cesarz w Prakwicach strzelił 187 szt. rogaczy, a nie jak podano wcześniej, że około 500. Które są prawdziwe nie wiem. Podejrzewam, że jednak te drugie. Podana wcześniej liczba 500 szt. może się odnosić do rogaczy strzelonych przez cesarza we wszystkich dobrach von Dohnów. Tą liczbą operuje ostatni właściciel dóbr, który wizyty Wilhelma II znał tylko z ustnych przekazów swojego ojca. Również liczba ustawionych kamieni u Gautschiego jest inna. Operuje on liczbą ok. 100, podczas gdy Alexander von Dohna podaje, że było ich około osiemdziesięciu.

W książce Andreasa Gautschi znajduje się wiele wiadomości, które w dosłownym brzmieniu (po przetłumaczeniu) podaję jako ciekawostki potwierdzające, że Wilhelm był doskonałym strzelcem.

…str. 123

„W dniu 22 maja 1908 podczas polowania w Prakwicach cesarz Wilhelm II, ponieważ „nic poza tym się nie pokazało” strzelił „po mistrzowsku” na 200 kroków błotniaka stawowego. Pocisk 6mm w płaszczu niklowym o ołowianym wierzchołku ( a więc półpłaszczowy – dop. tłumacza) prawie całkowicie rozerwał drapieżcę.”

… str. 127

Podobnie ryzykownie strzelił Monarcha podczas podchodu rogacza w Prakwicach w maju 1901 r. Strzelał kulą 6 mm, na wymierzonych 312 kroków, ze sztucera z lunetą celowniczą. Sztucer bił w punkt, jak wspomniano, na 250 – 300 m i dla trafienia na dalszą odległość potrzeba było jedynie niewielkiej korekty wysokości, aby oddać pewny strzał.

W dniu 22 maja 1903 Jego Wysokość odstrzelił, także u Księcia Dohna, siedzącego rogacza: „Pocisk poszedł jednak nieco za krótko i odbił rogaczowi trzy cewki, tak że musiano go dostrzelić.” Wszystkie odległości strzelania były na tym polowaniu stosunkowo dalekie: 192, 204, 210 kroków. Inny rogacz, którego postrzelił na dużą odległość w cewkę, został dobity dopiero po trzech dniach poszukiwania. Dalszy ekstremalnie daleki strzał nastąpił w Prakwicach podczas polowania w dniu 23 maja 1908: „Rogacz który zatrzymał się na wzgórzu i był dobrze widoczny, otrzymał strzał komorowy na 300 kroków”. W dniu 5 września 1910 strzelił tamże rogacza, który stanął na widok zbliżającego się wózka podjazdowego, na odległość 320 kroków.

Cesarz Wilhelm II na polowania do Prakwic przybywał pociągiem. Prawdopodobnie to dla niego pobudowano we wsi małą, ale bardzo urodziwą, stacyjkę kolejową.

Pocztówka ze stemplem datowanym na 25.04.1903

Stacyjkę tę, po upadku monarchii (1918 rok), w całości rozebrano i przeniesiono do miejscowości Budwity, w obecnym woj. warmińsko-mazurskim. Istnieje do dnia dzisiejszego i służyła jako mieszkanie dróżnika kolejowego. Niestety obecnie jest w opłakanym stanie.

Budwity – stan obecny stacyjki

Budwity – stan obecny stacyjki

Całe szczęście, że losem stacyjki w Budwitach zainteresowało się Stowarzyszenie na Rzecz Ochrony Krajobrazu Kulturowego Mazur „Sadyba”, które powstało na początku 2004 roku, z inicjatywy Danuty i Krzysztofa Worobców, mające na celu jasno określony cel. Chce bronić to co zagrożone jest zniszczeniem z powodu ludzkiej niewiedzy, bezmyślności i bardzo często świadomego działania. Przedmiotem troski stowarzyszenia jest mazurski krajobraz wiejski (w tym dworki i pałace) jak i krajobraz miejski. Dzięki staraniom stowarzyszenia "Budynek dawnego dworca kolejowego w Gumiskach Małych (Budwity - Torfownia)" wraz z działką z numerem ewidencyjnym 110/7 obręb 7 Leśnica, o powierzchni 0.1603 ha, został wpisany w dniu 10 kwietnia 2008 r. do Rejestru Zabytków Województwa Warmińsko - Mazurskiego pod numerem A-4507. Miejmy nadzieję, że dzięki temu ocaleje stacyjka mająca bardzo ciekawą historię i będąca perełką architektury.

Wilhelm II z natury był ruchliwy. Na jachcie „Hohenzollern” spędzał rocznie ponad cztery miesiące. Uwielbiał spacery po parku i lesie. Najwięcej czasu Jego Wysokość poświęcał polowaniom - swej życiowej pasji. Znosił przy tym największe trudy jakim poddaje się człowiek, który całym sobą jest zaangażowany w to, co robi.„Bóg wie, z jaką ochotą hołdowałem szlachetnemu zajęciu - łowiectwu. Zawsze gdy czas bliski, gdy jelenie ryczały w borze, to chciałem chwytać za ulubioną fuzję i iść na łowy!”, pisał z żalem na wygnaniu w Doorn.

Wilhelm od czasów młodości był opętany manią łowiectwa. Pierwszym ptakiem jakiego ustrzelił był bażant. Gdy miał siedemnaście lat upolował pierwszego jelenia. Protokoły jego łowieckich wyników są zastraszającym świadectwem wprost „morderczej” mentalności myśliwych tamtej epoki. Jednak wówczas wzbudzało to ogólny podziw. W czasie polowania, w rewirze księcia Lichnowskiego Jego Wysokość ustrzelił 1224 bażanty, dziesięć zajęcy i dwie sowy. Czasopismo „Reichsanzeiger” z dumą donosiło, gdy cesarz ustanawiał kolejne rekordy…

Cesarz Wilhelm II do Prakwic przyjeżdżał polować na rogacze. W toku dalszego gromadzenia informacji o „kajzerze” wynikło, że uwielbiał polować nie tylko na tę zwierzynę. Polował właściwie na wszystko i wszędzie. Chętnie, jako koronowaną głowę, zapraszano go na łowy, podczas których ustanawiał niechlubne „rekordy”. Dumnie o tym donosiła ówczesna prasa niemiecka. W Puszczy Romickiej Cesarz polował na jelenie byki – ustawiano tam, podobne do starodzierzgońskich, kamienne obeliski.

Kamień z Puszczy Rominckiej z 1912 r.

Bardzo lubił łowy w prywatnych zwierzyńcach. Podczas polowania w 1885 roku, koło Skierniewic i Lubochni w zaborze rosyjskim, podczas 10 dni ubito około 400 sztuk zwierzyny grubej, głównie dzików i danieli. Wilhelm II polował tam w towarzystwie dwóch monarchów państw zaborczych. Jak donosił „Łowiec Wielkopolski”, w trakcie jednego z polowań w śląskich Sławęcicach Cesarz strzelił w trakcie sześciogodzinnego polowania 1001 sztuk zwierzyny.

Wilhelm II w stroju myśliwskim (Biblioteka PZŁ)

Warto też zacytować opis polowania w Kliczkowie nad Kwisą na Dolnym Śląsku. W czasach Wilhelma Kliczków był w posiadaniu książęcej rodziny Solms-Baruth, która uczyniła z zamku jedno z najbardziej ulubionych miejsc dla myśliwych – arystokratów z całych Prus. Opis polowania zamieścił Łowiec Polski w sierpniu 2007 roku (artykuł Mariusza Olczaka).
O bogactwie i znaczeniu tutejszych książąt świadczy fakt kilkakrotnych wizyt cesarza niemieckiego Wilhelma II, który przyjeżdżał przede wszystkim na organizowane tutaj wielkie polowania. Miejscowy dziedzic i Wilhelm II byli ze sobą skoligaceni przez swoje żony – księżniczki pszczyńskie. Zachował się szczegółowy opis cesarskiego polowania z 1911 roku.

 


 

Fotografia z polowania w Kliczkowie z udziałem Wilhelma II

 

„Wilhelm II przyjechał na stację w Osiecznicy 4 sierpnia 1911 roku. Po krótkim powitaniu w towarzystwie księcia zu Solms – Baruth wsiadł do samochodu i z miejsca wyruszył na polowanie do rewiru łowieckiego Stary Gaj, leżącego na północ od Czernej, nieopodal Zagajnika. Taki pośpiech spowodowany był napiętym terminarzem, który pozwalał jedynie na dwudniowy pobyt w Kliczkowie.


Teren polowania wybrany był nieprzypadkowo, gdyż właśnie w momencie przybycia cesarza miejscowy leśniczy zameldował księciu o sześciu jeleniach widzianych w tym rejonie poprzedniego wieczora oraz rankiem. Po zajęciu przez cesarza miejsca na jednym ze stosów drewna polowanie rozpoczął książę zu Solms-Baruth. Pomoc stanowiło 10 pomocników leśnych oraz 30 naganiaczy kierowanych przez łowczego. W niedługim czasie pojawiły się cztery jelenie, a wśród nich największy sześcioletni byk wapiti z 22 odnogami w porożu. Do niego też oddał cesarz celny strzał z 200 kroków. Poroże ważyło 15 funtów, sam byk blisko 400 funtów, przy długości 2,16 m i wysokości 1,29 m. Następne dwa strzału do jeleni były niecelne. Dopiero strzał w szyję ze 130 kroków dosięgnął największego z chmary. Zatrzymały go jednak dopiero dalsze strzały – strzał ze 150 kroków w łopatkę położył byka. Miał 2,38 m długości, 1,32 m wysokości i wagę niemal 500 funtów, przy 14 – funtowym porożu.


Po tych strzałach zebrano wszystkie ustrzelone okazy, a następnie przerwano polowanie. Sam cesarz wsiadł do samochodu i udał się wraz z księciem do pobliskiego rewiru łowieckiego i leżącej w jego centrum leśniczówki Hermanówka, ulokowanej na najwyższym w okolicy wzniesieniu o wysokości 235 m. Wilhelm II wszedł na szczyt stojącej tu czterokondygnacyjnej wieży obserwacyjnej, skąd podziwiał rozciągające się wokół bory. Stąd cesarz udał się samochodem do zamku w Kliczkowie. Dopiero tutaj został powitany przez księżną zu Solms-Baruth, jej rodzinę oraz cały swój dwór i świtę, która w międzyczasie dotarła do zamku. Upolowane zwierzęta zawieszono na, zachowanym do dzisiaj, zadaszonym stojaku myśliwskim, stojącym na dziedzińcu zamkowym.


Nie był to jednak koniec polowania. Po odpoczynku, około godziny 19 cesarz wsiadł ponownie do samochodu i udał się do leśniczówki Marianówka. Usadowił się na skraju liczącej 200 kroków łąki, poprzecinanej niewielkimi rowami odwadniającymi, do których przychodziła zwierzyna. W krótkim czasie pojawiły się jelenie. Ze 185 kroków cesarz ustrzelił czternastaka, który po strzale w łopatkę ranny podążył za stadem, gdzie z 250 kroków został ponownie trafiony i powalony. Był długi na 2 m, wysoki na 1,26 m, przy wadze ciała ponad 350 funtów oraz 8,5 funtowym porożu.


Na wieczór powrócono do zamku, skąd następnego dnia o godzinie 415 cesarz w towarzystwie księcia wyjechało rewiru położonego w pobliżu Poświętnego. Polował z ambony, w pobliżu granicznego płotu. Równo o 530 Wilhelm II trafił z około 100 kroków kulą w łopatkę czternastaka, który krótko potem padł. Miał 2,10 m długości, 1,27 m wysokości, ponad 300 funtów wagi ciała i 12 funtów poroża. Później ustrzelił jeszcze kozła, a w drodze powrotnej nieopodal Osiecznicy, strzelając z samochodu, trafił niewielkiego jelenia. Do zamku powrócili o 8 rano.


Z odwiedzin cesarza w latach 1890, 1897, 1906 i 1911 zachował się do dzisiaj w Kliczkowskim lesie pomnik z 1906 r., postawiony na pamiątkę polowania z udziałem monarchy. Głaz o wysokości ponad 1,5 m ma częściowo widoczny napis, z którego dowiadujemy się, że monarcha ustrzelił tu dużego byka o porożu złożonym z 18 odnóg, drugiego o 16 odnogach, sześć byków o 14 odnogach i pomniejsze samice oraz inne zwierzęta”.


Tyle opis. Skrupulatni Niemcy podali w nim wszystko. Tylko czy to było polowanie, czy egzekucja wykonana przez podwożonego samochodem władcę? Jeleń wapiti też nie był rodzimym gatunkiem. Był więc to zwierzyniec, gdzie do wodopoju zwierzyna podchodziła w znanych godzinach. Tam też, podbnie jak w Prawicach, ustawiano kamienne obeliski.

 

W czasie swojego łowieckiego życia Wilhelm II strzelił ogromne ilości zwierzyny. Zostało to skrupulatnie odnotowane w zapiskach, przez Jego dworską kamarylę.

Całkowity pokot cesarza Wilhelma II > Lata 1872 – 1918
78 330 szt. strzelonej zwierzyny
(wg. A. Gautschi)

 

Żubry

8 szt.

Dziki (grube)

3252 szt.

Perliczki

2 szt.

Łosie - łopatacze

12 szt.

Dziki (słabe)

316 szt.

Słonki

5 szt.

Renifery

8 szt.

Głuszce

108 szt.

Bekasy

2 szt.

Jelenie byki

2133 szt.

Cietrzewie

25 szt.

Kaczki

170 szt.

Jelenie łanie

98 szt.

Pardwy

95 szt.

Czaple/kormorany

826 szt.

Daniele byki

1848 szt.

Dzikie indyki

3 szt.

Niedźwiedzie

3 szt.

Daniele łanie

99 szt.

Zające

18025 szt.

Lisy

739 szt.

Kozice

121 szt.

Króliki

3178 szt.

Borsuki

6 szt.

Muflony

3 szt.

Bażanty

44086 szt.

Tumak (kuna leśna)

1 szt.

Rogacze

955 szt.

Kuropatwy

963 szt.

Różne (drapieżniki)

526 szt.

Zabijanie setek tysięcy zwierząt, czy to jest jeszcze sport? Czy cesarz chciał udowodnić, że jest najlepszym strzelcem? Twierdzę, że w ten sposób tłumił kompleksy wynikające z kalectwa.

Fakt polowań królów w prakwickich lasach był zapewne powodem, że leśnictwo do dziś nazywa się KRÓLEWSKIE.

Nic nie pozostało ze świetności dworu w Prakwicach, dzisiaj są to tylko smutne ruiny i resztki okazałego kiedyś parku. Zachował się także staw usytuowany przed dworem  i trzynaście kamieni upamiętniających łowy panującego przez trzydzieści lat cesarza Niemiec,  Króla Prus Wilhelma II.

Jako ciekawostkę podam tylko, że sława rogaczy z Prakwic ściągnęła na polowanie w 1934 roku ówczesnego premiera Prus - Hermanna Göringa (strzelił trzy rogacze), który przybył na nie ze świtą o wiele większą niż czynił to Wilhelm II i wymagał większej obsługi niż cesarz. Widać to zresztą na fotografii, jak prężono się przed późniejszym zbrodniarzem wojennym.

Hermann Göring na polowaniu w Prawicach

Hermann Göring na polowaniu w Prawicach

Göring był w tym czasie premierem rządu pruskiego i znany był dosyć powszechnie jego wystawny tryb życia, toteż w Prakwicach przedsięwzięto wszelkie środki, by uprzyjemnić mu pobyt. Co się tyczy picia i jedzenia, to adiutant Menthe przekazał pod datą 15.V.1934 r. : „napoje i trunki - jasne piwo, szampan, wódki - maltańska, gorzka, malinówka i wiśniówka, w żadnym wypadku likiery, ewentualnie duńska lub szwedzka żytnia lub wódki białe; potrawki - szparagi, pieczarki, smardze, białe mięso, młode kartofle, dużo owoców, chętnie je raki i co nieco kawioru”. Aleksander przywiózł Göringa z lotniska wojskowego w Królewie k/Malborka wraz ze służącym i wieloma bagażami, wśród których był jego mundur lotniczy z Pour le mérite na kołnierzyku. Göring spał więc w tym samym pokoju co niegdyś kajzer. Był w świetnym nastroju, który jeszcze mu się poprawił, gdy następnego ranka upolował okazałego rogacza. Po polowaniu przebrał się w białe spodnie i takiż pulower. Wszystkie jego spodnie, także myśliwskie, miały lampasy.

Z Prakwic pojechał do Słobit, gdzie obejrzał wystawny pałac i spotkał się z robotnikami majątku Dohnów. Wieczorem, po powrocie do Prakwic, ponownie upolował rogacza, a następnego dnia odleciał do Berlina.

Wstecz | Strona główna | Dalej

Ostatnia aktualizacja tej witryny: 09 grudnia 2008

Autor tekstu Andrzej Czapliński. Wykonanie strony Adam Jurczak